Robert Zakrzewski: Jak podsumowałbyś rundę jesienną w wykonaniu AZS UW? Początek dobry, po trzech kolejkach byliście wiceliderem, ale później jednak z meczu na mecz było coraz gorzej.
Rafał Klimkowski: Cóż - ten sezon to jedna wielka sinusoida - tak można określić nasze poczynania; naszą formę jak i nasze wyniki. Często bywało tak, że graliśmy niezłe spotkania, a schodziliśmy z parkietu pokonani, czasami natomiast prezentowaliśmy się właśnie kiepsko, a zwyciężaliśmy. Brakuje cały czas stabilizacji, formy, na której można by było wszystko oprzeć. Tak cały czas, z tygodnia na tydzień grzebaliśmy we własnych brudach i nie wiadomo było, od czego zacząć, bo tak naprawdę wszystko było do poprawienia.
Czy ostatni mecz wygrany z Tacho Toruń 2:1, daje nadzieje na lepsze występy?
RZ: Czy ostatni mecz z Tacho jakąś iskierką nadziei?
RK: Mam nadzieję, że tak. Dla mnie nawet pojedyncze dobre akcje są taką iskierką. Chłopaki powinni wreszcie w siebie uwierzyć, zrozumieć, że mogą rywalizować na najwyższym poziomie. W I lidze nie ma się przed kim kłaść, bać się, tylko - tak jak pokazał ostatni mecz - trzeba wziąć się ostro do walki i podchodzić ambitnie do każdego spotkania, a trzy punkty mogą być zawsze po naszej stronie.
RZ: 13 punktów to nie jest jakiś zły wynik, ale patrząc na poziom tej ligi można chyba czuć całkiem spory niedosyt?
RK: Jakby spojrzeć na kilka spotkań, w których można było "podnieść" te trzy punkciki, to realnie moglibyśmy mieć ich w sumie 20, dlatego jest to olbrzymi niedosyt. Liga jest wyrównana i w każdym meczu trzeba udowadniać swoją wyższość, a różnica poziomów jest znacząca ewentualnie tylko w konfrontacji Unisławia z Red Devils.
RZ: Nie macie długiej przerwy. Teraz rozgrywki akademickie, a już na początku stycznia rusza runda rewanżowa...
RK: Przerwy jest mało, ale każdy chce jeszcze odpocząć. Mam nadzieję, że jak wrócimy po świętach, to znów będziemy mieli przed oczami tę euforię, która zapanowała po meczu z Tacho i ona nas będzie nakręcała do jeszcze cięższej pracy.
RZ: Jest jakaś szansa, że w Warszawie zwiększy się zainteresowanie futsalem? Kilkadziesiąt osób na trybunach, z czego duża część to znajomi - to nie nastraja optymizmem.
RK: To prawda, nie nastraja. Dlatego niech każdy przyprowadzi pięciu swoich znajomych, to już będzie pięćdziesięciu kibiców więcej (śmiech). W stolicy każdy niestety ma wiele do zrobienia, tempo życia jest dość duże, dlatego każdy coś wybiera - bądź nie wybiera, ale jest zmuszony, by niedzielne popołudnie spędzić na zakupach w hipermarkecie, a nie trybunach na pierwszej lidze futsalu. Gdyby była to mniejsza miejscowość i poniekąd jedyna rozrywka, jedyny sport, to wiadomo, że można by było tych ludzi spodziewać się więcej. Nawet niekoniecznie by oni przychodzili pokibicować, ale choćby spędzić ze znajomymi trochę czasu.
RZ: Będą jakieś wzmocnienia przed rundą rewanżową?
RK: Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze paru chłopaków, którzy wzmogą rywalizację, tak, by nikt nie czuł się pewny w składzie.
RZ: Wiara w utrzymanie jest nadal?
RK: Po tym meczu jak najbardziej. Gdybyśmy ten mecz przegrali, to powoli moglibyśmy się godzić z tym, że przyszły sezon rozpoczniemy w drugiej lidze, o ile taka w ogóle będzie. Ale myślę, że to zwycięstwo dało nadzieję chłopakom. Bo ja cały czas w nich wierzę.