Po zakończeniu mecz na hali zapanował chaos. Jedni kibice zaczęli wychodzić, drudzy starali się o zdjęcie lub autograf. Marcin Możdżonek rozdawał autografy kiedy schodził z boiska, oblegany był przez fanów z każdej strony. Bartek Kurek musiał odpowiedzieć na mnóstwo pytań, po czym rozpoczął przemarsz po hali. Ręka go chyba bolała od pisania swojego nazwiska. Nikomu nie odmówił zdjęcia, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha i obejmując każdego szczęśliwca. Nie odmówił też rozmów, przyjmował pluszowe maskotki, nawet kazał ochroniarzom doprowadzić do siebie grupkę dziewczyn. Widok był to niesamowity! Pomyślałam, że nie kłamał we wszystkich wywiadach, w których mówił, że lubi fotografować się z fanami i nie ma z tym żadnych kłopotów ani nie czuje się zażenowany. Widać, że sympatyczny i życzliwy z niego chłopak.
Wtenczas na hali pojawił się Mariusz Wlazły. Złożył jeden autograf i poszedł udzielać wywiadów. Po czym zaczął zmierzać ku wyjściu. Pomyślałam, że wyszedł tylko po to, aby porozmawiać z dziennikarzami, co wydało mi się smutne. Nagle fanki zawołały go i o dziwo, cofnął się do nich. Złożył parę autografów, pozwolił na zdjęcia, mówiąc suche „proszę”, nie uśmiechając się ani nie obejmując szczęśliwców.
Szkoda, że nie każdy zawodnik ma tyle pokory, aby być miłym i sprawiać radość fanom. Szkoda też, że niektórzy zachowują się tak, jakby musieli wychodzić do kibiców za karę. Najgorzej jednak czuli się miłośnicy Delekty, którzy tak tłumnie stawili się w Łuczniczce, a zawodnicy nie pofatygowali się, aby im za to podziękować.