Właściwie to zasadne byłoby zapytać w tym momencie, czy my w ogóle jakieś złudzenia powinniśmy mieć. Uświadomiłem sobie, że połowę swego żywota kibicowskiego czekam na to, aż polski klub znajdzie się w elitarnej Lidze Mistrzów. Kolejni nasi "majstrowie" muszą przeżywać gorycz porażki. Ale... O ile parę lat temu Wisła odpadała np. z Barceloną czy choćby Panathinaikosem Ateny, a rywali typu Karabach brała niejako z marszu na przełomie lipca i sierpnia, tak teraz w środku lata dostajemy po tyłku od Azerów, Estończyków, męczymy się z... Maltańczykami (o zgrozo). Gruzini czy Białorusini, Austriacy, Grecy to już pewnie za wysoka półka. Matko, do czego przez te lata doszliśmy! 18 lat temu za kompromitację można było uznać 0:9 Widzewa Łódź z Eintrachtem Franfurt. Choć nazwa niemieckiego rywala nie zmuszła jednak wtedy do wertowania mapy...
Piłkarska ekstraklasa ma coraz lepszą oprawę. Taka słowacka czy nawet czeska pewnie się pod tym względem do naszej nie umywają. Piłkarsko to jednak my jesteśmy bogatymi krewnymi. W ciągu dekady ostatniej tylko Wisła, Lech i nieistniejący już Groclin Grodzisk Wielkopolski dawały nam radość swymi występami w europejskich pucharach. Czyli średnio raz na trzy lata polska drużyna wybijała się ponad poziom miernot. Boję się, że ta średnia może się wydłużyć. Właściciele polskich klubów budują swe "potęgi" asekurancko.Legia 1995-96, Widzew 1996-97 miały w swych szeregach reprezentantów kraju, mody na obcokrajowców jeszcze wtedy takiej nie było. Do tego doszli trenerzy, którzy umieli zespół poukładać, zmotywować. Janas i Smuda jeszcze długo będą chodzić w tej glorii szkoleniowców prowadzących zespoły w Champions League. Dziś mało który trener ma komfort np. 3-letniej pracy. Przegra trzy spotkania z rzędu w naszej lidze i... żegnaj gościu, następny w kolejce czeka. Prezesi czy dyrektorzy sportowi penetrują rynek bałkański czy słowacki, sprowadzają któryś tam rzut Brazylijczyków. Nawet trudno się dziwić, bo przecież najlepsi gracze z tych krajów występują w mocniejszych ligach europejskich, od których dzielą nas lata świetlne. Ci, którzy przyjeżdżają nad Wisłę i Odrę szukają w Polsce okazji do wypromowania się, jeżeli już im się to uda, to w nowych klubach odgrywają marginalne role (wiecie w ogóle co słychać u niejakiego Rogera Guereiro?). Na takiej oto bazie budujemy swe "mocarstwa", które kruszą się w starciach, przedbiegach z Azerami, Gruzinami, Estończykami. Prawdziwe potęgi mogą do nas przyjechać tylko i wyłącznie z okazji okrągłych rocznic jubileuszowych i to wtedy, gdy zainkasują kasę. Niechaj wtedy kibole mają radość, przeplataną ze świadomością, że ci wielcy (o ile właśnie oni przyjadą) trochę na pół gwizdka będą grać, bo przecież poważne granie jest gdzie indziej i z kim innym... My na razie mamy "poważne" granie z Baku, Karabachem, Levadią...